piątek, 11 grudnia 2009
Arabski proszek...
W związku z moją kosmetykową odmiennością postanawiam zapoznać Państwa ze swoim prywatnym odkryciem - eyelinerem po arabsku.
Nieprzekonana do ,,cywilizowanych'' kredek do oczu i eyelinerów postanowiłam zwrócić się do ich orientalnego odpowiednika, który znany jest pod spolszczoną nazwą KOHL. A więc wszystkim niewtajemniczonym spieszę tłumaczyć, co dokładnie kryje się pod tą egzotyczną nazwą.
Kohl jest to czarny proszek ukryty najczęściej w malutkiej, szklanej buteleczce. W skład kohlu rzekomo wchodzą sproszkowane zioła czyli składniki pochodzenia naturalnego, nie należy mylić kohlu z henną, która w niektórych przypadkach może mieć podobne zastosowanie. Producent w swojej ulotce przetłumaczonej na angielski zapewnia również, że oprócz walorów estetycznych, ich wynalazek służy także zdrowiu oczu - podobno pomocny w wielu chorobach oczu takich jak zapalenie spojówek czy zaczerwienieniu. Osobiście nie wypróbowywałam skutecznośći kosmetyko-leku w kontekście chorób oczu, ale muszę przyznać, że wybiela on białko oka - cieniutkie nerwy znikają, co sprawia, że oko staje się czystsze, bardziej przejrzyste i atrakcyjnejsze pięknie kontrasująć z tęczówką. Jako ciekawostka podpowiem, że kohlu, jako ochrony przed szkodliwym działaniem słońca używają nawet mężczyźni na Saharze.
Swój pierwszy kohl zakupiłam w miejscu szczególnie ważnym dla mieszkańców krajów arabskich, gdzie kohl jest szeroko rozpowszechniony - na bazarze. Mimo, iż może się to wydać mało wiarygodnym źródłem, a arabscy mężczyźni nie służą radą natury kosmetycznej tak jak wypielęgnowane eskpedientki w perfumeriach, nie zawahałam się potem użyć owego magicznego, czarnego proszku by ozdobić swoje oczy. Nie byłam przekonana do dostępnych w polskich sklepach kredek do oczu czy eyelinerów w płynie - kontur oka co prawda obrysowują dokładnie i długo się utrzymują, lecz nie podoba mi się efekt końcowy. Ja wolę lekko rozmyte, orientalne, tajemnicze spojrzenie wprost od arabskich kupców. Od początku kohl spodobał mi się i teraz stosuję go na codzień jako element makijażu, ponieważ zależnie od swojej intensywności nadaje się na dzień i na ostrzejszy makijaż wieczorowy.
W zestawie z malutką buteleczką kohlu jest najczęściej szklany patyczek, który służy nałożeniu go na powieki. Można stosować na powieki zewnetrzne jak i wewnętrzne, nawet jeśli proszek dostanie się do oka to go nie podrażnia, może jedynie niesympatycznie wyglądać, kiedy mamy w oku, lub jego kąciku czarną maź - co czasem występuje przy nadmiarze kohlu. Niestety, mimo, iż jestem długoletnią posiadaczką arabskiego kosmetyku, przyznaję, że wymaga on cierpliwości i wprawy. Lekkie drobinki pyłku często usypują się pod powiekę przy nieumiejętnym nakładaniu i trudno się ich pozbyć bo przy potarciu palcem rozmywają się tworząc nieeleganckie plamy. Dlatego też, warto stosować go jako pierwszy element makijażu, by powstałe potem ewentualne niedoskonałości przemyć i zlikwidować. Polecam przy nakładaniu go, trzymać chusteczkę higieniczną tuż pod okiem, by nie ubrudzić twarzy.
Łatwo się rozprowadza, pięknie wygląda nie osadzając się bezpośredniu przy oku lecz opadając na nasady rzęs, przez co oko wydaje się optycznie większe i tworzy efekt orientalnego makijażu. Kohl utrzymuje się bardzo długo - jeżeli umiejętnie zaaplikowany, to będzie nas upiększał nawet do 12 godzin. Sama miałam pomalowane nim oczy na studniówce i mimo całej nocy spędzonej na parkiecie kohl pozostawał na swoim miejscu. Ważną cechą, którą powinno się kierować przy stosowaniu kohlu jest umiar - nadmiar proszku może pojawić się w kącikach oczu lub rozmazać się na powiece.
Coconut fantasies
Mężczyźni podchodzą do baru, biorą piwo, drinki, a kobiety zamawiają słodki, przywodzący swoim smakiem na myśl o tropikalnych klimatach likier - Caribbean Malibu. Butelka Malibu jest szeroko znana wśród klubo-fanów i barmanów, często zbeszczeszczona poprzez zrobienie z niej świecznika, gdzie wosk spływa po delikatnej bieli znanej butelki (sławnego już!) rumu. Przeanalizujmy więc zawartość owej subtelnej butelki i fenomen kokosowego aromatu.
Do picia samo, Malibu nie jest aż tak kuszące jak z mlekiem i śmietana lub Coca Colą. Mleko zamienia naszą magiczną ciecz w koktajl, często przyozdabiany bitą śmietaną i wiórkami kokosowymi. Można się wtedy delektować smakiem - najpierw wiórki i śmietana zmącona słomką, a potem sedno i sens samego drinka - Malibu. Likier nie jest za słodki, co pozwala na mieszanie go z innym substancjami zawierającymi cukier, nie jest ,,za mocny'' na delkatne ,,dziewczyńskie'' przyzwyczajenia, nie nadaje się do picia jednym łykiem, bo on nas ozdabia i sprawia przyjemność samym piciem, a nie efektami już po spożyciu.
Jak dla mnie ideał - na klubowe imprezy czy domowe babskie wieczory. Trzeba przyznać, że jest to produkt typowo kobiecy - ale czy to znaczy, że mężczyźni również nie mogą się w nim rozsmakować? I nie ma co tracić czasu na domowe substytuty boskiego trunku ani jego sklepowe odpowiedniki - jest wart swojej ceny, bo przyjemny, kokosowy smak w ustach to rozkosz, na którą zasługuje każdy.
wtorek, 08 grudnia 2009
Zastój, diety widmo ...
Mimo, iż sama nieskrępowanie narzekam na opóźnienia i strajki Poczty Polskiej, widać, że zastój zdarza się również mnie. Chciałabym usprawiedlliwić się w tym miejscu nagłym wypadem na Taiti, niestety muszę przyznać, że w ostatnich dniach, nawet podczas mojej nieobecności, zataczałam rundki serii Dom- Uczelnia - Dom. Przy okazji cieszyłam się zasobami bezprzedowowego Internetu i przenośnego komputera. Nie straszny mi nawet limit danych! Magicznie brzmiące urządzenie Router załatwiło sprawę, bez kabli. Tak więc o to, bez innych koniecznych wymówek jestem i piszę. Nie muszę chyba przedstawiać tabelii zjadanych kalorii - poskutowało by to natychmiastową depresją, bo zamiast je zmniejszać ich liczba sukcesywnie rośnie! Jakoś tak to już jest, nagradzam się za suckesy naukowe jedzeniem. A jest po czym się nagradzać bo ja dotąd nie udało mi się zawalić ŻADNEGO kolokwium!
Zagłębiając się w coraz trudniejsze rejony zagadek języka arabskiego, ciekawostka na dziś: istnieją 3 formy czaswonika "mieć". Abstrachując rzecz jasna od jego synonimów typu posiadam, jestem w stanie posiadania itp. 3 MIEĆ!!!
A poza tym nadal oczekuję paczki z cenną zawartością kokosowych kosmetykó (a co, jak nie mogę być na Taiti to przynajmniej się poczuję jakbym była) i nadal wierzę w moją dietę widmo. Dieta widmo - jest codziennie, trwa już 3 lata, ale zero efektów. Podobno to wszystko to siła umysłu...
sobota, 28 listopada 2009
Wzloty i upadki w listopadzie
Kiepski dziś koniec miesiąca, bo racjonalnie patrząc jest dopiero 28, ale ze względu, że przynajmniej na własnym blogu sama jestem sobie szefem, a świat o którym można tu przeczytać może być przecież wymysłem mojej twórczej zachcianki, uznaję, że jest koniec miesiąca.
Stracone kilogramy - 0
Dni pozostałych do przyjazdu mojego ukochanego - 61
Liczba ocen poniżej 3 - 0
Osiągnięcia - przebicie uszu (!), poskromienie bezprzewodowego Internetu (!!)
Rozwijając szalenie brzmiące wyżej zapisane myśli, pragnę poinformować, że pomimo cyklicznego lenistwa wciąż udaje mi się zaliczać wszystkie kolokwia. Boję się co prawda, że moja wspaniała pasja może z hukiem się zakończyć, lecz nie motywuje mnie to do głębszej analizy zajęć i poszerzania wiedzy.
Wczoraj wraz z inicjatorką wydarzenia (moją mamą) udałyśmy się do salonu Pewnej Szeroko Rozpowszechnionej Sieci Komórkowej z zamierzeniem kupna Internetu bezprzewodowego. I tu przyznam, że tajemnicze limity danych podawane w reklamach bezprzewodowego Internetu, to nie prędkość, jak zwykłam myśleć, lecz limit danych jakie mogę w danym miesiącu wykorzystać! Rzeczywiście osobliwe - Internet bezprzewodowy, niby można go zabrać wszędzie, prawie zawsze łączony jest ze sloganami typu ,,Korzystaj bez ograniczeń" a widać, że przy oglądaniu stron trzeba się pilnować, bo ciąży nad nami limit. W każdym razie, jako, że nie stosuję polityki ściągania plików, mam nadzieję, że 1,5 Gb na miesiąć w pełni zaspokoi moje potrzeby i wreszcie, z nowiutkim komputerem przenośnym (który jest kolejnym produktem na liście) nie będę zależna od skąpego brata i jego komputerowej litości.
Zaraz po spektakularnej Internetowej inicjaci w Pewnej Pnanej Sieci Komórkowej, tchnęła mnie myśl o przebiciu sobie uszu. Tak, 20-latka nie ma kolczyków. Nigdzie! Nie, nie bywało tak zawsze, mając 8 lat miałam przebite uszy, cieszyłam się szczęściem małej kobietki, do czasu pewnej felernej infekcji.. Słowem dużo krwi, bólu i awersja do kolczyków. A jednak! Obiecałam mojemu Portugalczykowi, że zrobię to, przebiję sobie uszy, a korzystając z okazji będę nawet nosić kolczyki. Tak więc po znalezieniu najbliższego salony kosmetycznego (co trwało zaledwie 20 sekund od wyjścia z salonu Pewnej Znanej Sieci Komórkowej) i szybkiego spojrzenia w stronę cennika (35 złotych) miła pani z fioletowymi włosami skierowała nas do końca salonu i po 2 minutach było po wszystkim. Wstyd przyznać, ale panikowałam...Zachęcona burżuazyjnym życiem (salony kosmetyczne, bezprzewodowe Internety i te sprawy) pomyślałam sobie, że jeszcze przed przyjazdem mojego lubego zrobię sobię paznokcie i pozbędę się uporczywie wracającego wąsika. Paznokcie całkowicie moje, rzecz jasna, lecz ładnie wypolerowane i dopieszczone przez jakąś równie miłą panią kosmetyczkę. Wąsik - co tu dużo mówić... uwłacza mojej kobiecości i zniechęca do siebie w lustrze...
Cieszę się więc przywilejami zakolczykowanej krowy oraz prawie cieszę się bezprzewodowym Internetem, który co prawda działa, ale nie ma równie bezprzewodowego komputera... Coraz częściej zauważam pryszcze na twarzy... czy to ma jakieś alegoryczne znaczenie?

Dieta... dieta.. jaka dieta ???
czwartek, 26 listopada 2009
Prezenty cz. 1
Dumna z siebie wpadłam na pomysł podarunku dla mężczyzny! Zazwyczaj myślałam, że oprócz krawatu, skarpetek, perfum i płyt CD nic nie można wymyśleć. Chwała więc mojemu twórczemu myśleniu, które napewno zakiełkowało przez związek z obdarowanym.
Biurkową mini-perkusję kupiłam jako oryginalny prezent dla narzeczonego, który notorycznie targany niezaspokojonym zmysłem perkusisty, uderzał palcami w biurko, kierownicę, stół, co po pewnym czasie skutowało poobijanymi i bolącymi palcami. Aby uśmierzyć jego cierpieniom oraz rozwijać muzyczne pasję na Gwiazdkę podaruje mu zestaw biurkowej perkusji Finger drumns. Jest to w sumie zabawka, mam jednak nadzieję, że luby nie potraktuje tego jako swoistą metaforę i będzie wyładowywał swe muzyczno-nerwowe napięcia na owej perkusji.

Wypróbowałam nierozpakowując z pudełka - działa, dźwięczy, świeci a talerz nawet się rusza. Cena takiego cacka to 60 złotych.
środa, 25 listopada 2009
Wyższość szlafroka nad piżamą
Zastanawiałam się wczoraj nad prezentami bożonarodzeniowymi, które w niedalekiej przyszłości będę musiała kupić. Nasunęło mi się co prawda parę pomysłów w szczególnie trudnej kategorii męskiej, ale zanim dojdzie do realizacji, pewnie wysuną się na przód przeszkody natury finansowej. Sama także zastanawiałam się, czym tym razem obdaruje mnie mama. Kilka lat z rzędu usilnie kupowała mi przeróżne piżamy - od satynowych, po grube, włochate piżamo-dresy, które w obydwu przypadkach lądowały nierozpakowane na dnie szafy. Tajemnicą mojego wybrednego zachowania jest fakt, że sypiam bez piżamy, nago i nie mam zamiaru śpiąc we własnym łóżku zmieniać mojego zwyczaju! Nie ma znaczenia pora roku czy piżamowe zaopatrzenie jak już wspomniałam - jest to kwestia komfortu psychicznego, wygody i przyzwyczajenia (a może też wyznawanych wartośći?). Tu powstaje pytanie dotyczące egzystencji poranno-wieczornej POZA łóżkiem. Otóż, spieszę wyjaśnić, że posiadam niejaki satynowy szlafroczek, sięgający przed kolano, subtelny, dość luźnie wiszący na ciele, kobiecy z orientalnymi akcentami. Mój szlafrok jest uosobieniem mnie, a na dodatek wystąpił na ciele pewnej znanej aktorki w pewnym TVN-owskim serialu. To wyróżnia go od piżam, rozciągniętych, zaspanych kompletów, synonimu domowych pieleszy. Gratuluję sobię więc gustu równego stylistom z TVN-u i życzę mojemu szlafrokowi wielu lat przydatności.
wtorek, 24 listopada 2009
Presja społeczna vs. prawo jazdy
Wraz z wstąpieniem w szeregi pełnoletnich (nie mylić z dojrzałymi!) w przeciwieństwie do moich rówieśników, nie miałam zamiaru przeznaczyć czasu ani skrzętnie zbieranych funduszy na kurs prawa jazdy. Nie chciałam się ideaologicznie wyróżniać i bojkotować użyteczność owego dokumentu, ja po prostu do prowadzenia samochodu się nie nadaję. Szczerze podziwiam śmiałków, którym udało się przebrnąć przez stresujący proces egzaminacyjny, nawet zazdroszczę opanowania na drodze i objęcia pamięcią wszystkich znaków drogowych (ja dotąd znam tylko znak przejścia dla pieszych). W szczególności należy się medal tym, którzy podczas prowadzenia pojazdu potrafią jeszcze rozmawiać i słuchać radia! Wstyd przyznać co prawda, moje samochodowe kalectwo urąga czasami poziomu mojej inteligencji, ale moja własna osoba, jako człowiek płochliwy i nie do końca rozgarnięty nie posiada naturalnych predyspozycji do skupienia podczas prowadzenia pojazdu. Za dużo myślenia na raz - myślenia, przez które trzeba zaglądać do dalszych niezmierzonych przepaści w mózgu oraz myślenia, które wymaga ode mnie sytuacja - trzeba być zdecydowanym w danym momencie, pewnym siebie na drodze. ,,To nic trudnego'' mówi mi każda napotkana osoba, ale jak mam jej wierzyć, skoro sama wpadam w popłoch będąc tylko pasażerem? Myśl o zderzeniu czołowym nie opuszcza mnie, aż do momentu mijania z nadjeżdżającym autem. Ronda, kierunkowskazy, ruch wahadłowy, piesi... trzeba być cyborgiem i mieć oczy dookoła głowy! Wyobrażam sobie, że potrafiłabym na środku drogi wysiąść z samochodu i zostawić go tak, jako najbezpieczniejsze wyjście z sytuacji.
Perspektywy
Ze snu wyrywa mnie dźwięk wibracji telefonu. Najwidoczniej ktoś dzwoni - myślę sobie, rozgrzewając moje, wciąż śpiące półkule mózgowe.
-Halo (mówię, ale już po sekundzie nie byłam pewna czy to powiedziałam)
-Czeeeeeść. Słuchaj, jest taka sprawa... Kajtuś chce sobie tatuaż na ramieniu zrobić, wiesz, jego imię po arabsku, czy mogłabyś przetłumaczyć?
W tym momencie, zimny pot oblał moje ciało, straszliwa wizja jako przyszła asystentka w salonie tatuażu do spraw tłumaczenia polskich imion na arabskie sparaliżowała aparat mowy, spowodowała katastroficzne halucynacje jako niespełniona arabistka i ...
-Dobra... przyjdziesz do mnie to napiszę jego imię...

Może w niedalekiej przyszłości zamiast tatuaży będę tłumaczyć też karty menu w ekskluzywnych restauracjach?
Tortura dzisiejszej cywilizacji czyli Zakupy
Nie lubię chodzić na zakupy. Ba, nawet spędzać czasu na tak zwanym window-shoppingu. Przymierzanie i przebieranie w stertach odzieży najnowszych kolekcji nie robi na mnie wrażenia. Wręcz przeciwnie - męczą mnie ostre żarówki używane w sklepach, pod których światłem widoczna jest każda skaza na moim ciele, nudzi chodzenie od jednego do drugiego sklepu gdzie ceny i towar zmieniają tylko swoje strategiczne położenie. Muzyka grana w galeriach handlowych bywa irytująca, nie lubię przymierzać, szukać rozmiarów, nawet w czasie wyprzedaży zakupy nie sprawiają mi przyjemności. Dlaczego?
Kiepski ze mnie konsument. Potencjalnie wydane złotówki przeliczam na ilość dni, jakie można by spędzić kiedyś zagranicą, wmawiam sobie, że polityką produkcji renomowanych firm jest wykorzystanie taniej siły roboczej w Azji, po czym sprzedanie tego po znacznie zawyżonej cenie w Europie, szalonym tropicielkom trendów i wszelkiego rodzaju okazji. Pewnie, cieszą mnie małe rzeczy, lubię ładnie wyglądać a nawet przeglądać kolorowe magazyny z obowiązującymi hitami w modzie. Jednak dochodzę do wniosku, że kupowanie mnie nie bawi, jest sprzeczne z moją minimalistyczną naturą. Podkreślam słowo NATURA, bo dzisiejsze społeczeńśtwo odchodzi coraz dalej od podstawowych wartości człowieka, znajdując pocieszenie i rozrywkę w centrach handlowych. Jestem przeciwna modelom rodziny spędzajacym czas ze sobą na dniu w shopping mallu - na nic zda się tłumaczenie, że dzieci trzeba gdzieś ubrać, a tu i kino, i restauracja, i sklepy, i kiosk. Gdzie wyjątkowość prezentów, świąt, nagród, skoro wszystko się teraz każdemu należy: kieszonkowe, torebka, nowe spodnie, buty?
Owszem, dumna jestem z siebie gdy w Internecie upoluję sukienkę za ułamek swojej ceny. Co prawda, nawet te internetowe zakupy mają w moim przypadku miejsce najwyżej raz na pół roku. Proces zakupów przez Internet jest dla mnie nieporównywalnie mniej męczący - wszystko sprowadza się do bezbolesnego strzału z karty kredytowej, oglądając tę samą rzecz po raz dziesiąty wciąż jestem anonimowa, nie muszę wychodzić z domu i nawet jeśli istnieje ryzyko kupienia rzeczy w złym rozmiarze i tak wolę owe ryzyko od nużących wędrówek po galeriach handlowych. Bardzo rzadko decyduję się na kupno czegokolwiek i cieszę się, bo mimo tego, że nie mam tego co wszyscy udaje mi się zachować wewnętrzne szczęście i nie daję się omamić specom od martketingu. Skąpstwo? Nie, już taka jestem no i lubię kupować prezenty...
poniedziałek, 23 listopada 2009
Niefortunny róż
Jeden z dwóch elementów codzinnego makijażu (w moim przypadku róż do policzków i tusz do rzęs) zaczął niepokojąco wpływać na moje wrażliwe lico. Z niewiadomych przyczyn po codziennym stosowaniu różu Givenchy Prisme me again! malutkie krostki i niezidentyfikowane kropeczki (byle nie używać nazwy PRYSZCZE) zaczęły masowo pojawiać się na policzkach a nawet na czole. Nie mam cery podatnej na niedoskonałości, a wyżej wymieniony róż mógłby być jedynym powodem coraz częściej pojawiających się niedoskonałości. Zmywam go przecież tonikiem wieczorem, a za swoją wygórowaną cenę, róż nie ma prawa dawać mi powodów do obaw. Może to przez to, że nie stosuję żadnej bazy pod róż?
Czyżby renomowana firma (ponoć luksusowa) Givenchy wypuściła na rynek róż do policzków, który uczulał lub - tym gorzej - zapychał pory?
W każdym razie, odstawiam moje kolorowe cudeńko na dwa miesiące, jeśli wystąpi poprawa - pomyślę co dalej. Mojej twarzy na razie przyda się urlop od kolorowych kosmetyków.

|
|